piątek, 2 marca 2012

Będziemy sądzeni z miłości (4)

Małgorzata wróciła do pokoju spokojna o swój dalszy los. Ona także, jako porządna chrześcijanka, zapaliła świece przy drewnianej figurce Matki Najświętszej i oddała się dziękczynnej modlitwie. Tak, to był znak z niebios. Sam Najwyższy zainterweniował w jej sprawie, skoro mogła na własne uszy usłyszeć tych dwojga. Zbawiciel nie mógłby pozwolić na takie zgorszenie, gdyby Marta dostała się na służbę do plebana. Dziękowała zatem Stwórcy za to, że ona stała się Jego wybranką by udaremnić tę intrygę samego diabła. Pokrzepiona swoimi myślami i przesiąknięta do granic możliwości przekonaniem o wybraniu i misji ucałowała figurkę i położyła się spać, planując na jutro jak ostrzec wielmożnego pana, przed skandalem dla dworu i plebanii. Jej dzisiejsza modlitwa była krótsza niż zwykle. Ból głowy jaki ją napadał od kilku dni znowu zaczął świdrować jej skronie. Zaniepokoiła się, bo złe samopoczucie jakie odczuwała od niedawna coraz częściej zwalało ją dosłownie z nóg. Nagły ból głowy, który z minuty na minutę nasilał się, sprawił, że nie mogła ani trzeźwo myśleć, ani zasnąć. Nagle jakby rażonej piorunem zabrakło powietrza. Zaczęła się dusić. Daremnie próbowała złapać powietrze, wiła się na swym posłaniu próbując wzywać pomocy, ale nie mogła wydobyć z siebie żadnego głosu, poza dziwnym, nienaturalnym, cichym jękiem. Męczarnia była nie do opisania. Zmora, tak nagle jak ją zaatakowała, wypuściła ze swych dłoni, powodując, że Małgorzata mokra od potu i całkiem bez sił, opadła na posłanie. W gardle czuła wielką kluskę, której koniecznie chciała się pozbyć. Odkaszlnęła resztką sił i poczuła na dłoni ciepłą wydzielinę. Ból głowy dopiero teraz jak niewidzialne tsunami nawiedził jej głowę, rozsadzając czaszkę od środka niewyobrażalną torturą, a z ust sączyła się krew. Była na wpół przytomna, ale w jej umyśle zdołała jeszcze powstać myśl, że pewnie zły szatan mści się na niej, że chce udaremnić jego niecny plan. Noc trwała wieki, na przemian ból głowy, kaszel i duszności. Małgorzata w duchu przeprowadziła rachunek sumienia i z jakąś dziwną radością stwierdziła, że nie ma wiele sobie do zarzucenia, wręcz przeciwnie, męczarnie jakie ją dopadły tej nocy były znakiem, że Zbawiciel wybrał ją sobie jako nędzne narzędzie. Resztką sił uczyniła na piersi znak krzyża przebaczając wszystkim, którzy ją skrzywdzili i recytując cichy pacierz straciła przytomność... Zimna noc złowrogim chłodem wdzierała się do dworu wypełniając metodycznie korytarze i komnaty jakby Anioł Śmierci przechadzał się po tym domu, zabierając ze sobą wszystko, co był choćby troszkę naznaczone było światłem i życiem. Cisza, inna niż zwykle, wypełniała dom i okoliczne zabudowania. Nawet zwierzęta w zagrodach dzisiejszej nocy nie wydobyły z siebie żadnego głosu, jakby bojąc się i przeczuwając zbliżające się niebezpieczeństwo. Na niebie nie zaświeciła ani jedna gwiazda, a zachmurzone niebo nie pozwalało przebić się świecącemu gdzieś przecież księżycowi. Małgorzata nagle i niespodziewanie otworzyła szeroko oczy. Nie mogło się jej wydawać, przecież jeszcze żyła, czuła ból, i widziała, tak widziała twarz swojej kochanej matki, która ku jej przerażeniu przybrała twarz Marty, potem pana, a potem samego diabła, który śmiał się i próbował drwić z niej i jej marnego życia, przekonując, że jej nędzna dusza należy tylko do niego. Sama już nie wiedziała, co było dla niej gorszą torturą: ból fizyczny jaki nieustannie trawił jej ciało, zapach siarki, który wypełnij jej nozdrza, czy raczej ta myśl, że zostanie potępiona, bo wiara w Boga na niewiele się zdała, skoro jak mówił diabeł, ten porzucił ją i jej biedną duszę. Po tej przerażającej wizji opadła bez sił i znowu straciła przytomność. Takie sceny w pokoju Małgorzaty odbywały się tej nocy często, z tą różnicą, że za każdym razem widziała kogo innego i słyszała inne głosy…

Marta, jak zwykle obudziła się przed świtem. Dzisiaj był jej wielki dzień. Jak co rano najpierw podeszła do krucyfiksu i ucałowała z namaszczeniem stopy Zbawiciela prosząc w ten sposób o dobry dzień powierzając Bogu swego kochanego brata i skrytą codzienną intencję, o której miała śmiałość myśleć tylko: "Mój Panie, Ty wiesz...". Dziwny chłód ogarną ją dreszczem i pobudził do zdecydowanych ruchów. Musiała przygotować panu śniadanie, które Małgorzata w codziennym rytuale mu zaniesie. Najpierw sprawdzi czy wszystko jest świeże, potem czy ciepłe, potem obrzuci ją spojrzeniem dezaprobaty, wymamrocze coś w stylu: "nigdy nie przypodobasz się panu, bo jesteś za głupia" i wyjdzie dumna jak paw. Pierwszy znak budzącego się do życia dnia oznajmił piejący gdzieś w oddali kogut. Musi się pospieszyć i postarać, żeby wszystko co dzisiaj uczyni dla pana było doskonałe. Perspektywa przeprowadzki na plebanię, jak ciepły promyk słońca ogrzewał jej serce i świat wydał się jej taki piękny. Wyszła do kuchni. Gdyby ktoś ją wtedy ujrzał, zapewne dojrzałby, jak każdy krok rozwiewał przed nią ciemności i chłód minionej nocy. Przeszła przez korytarze tego piekła jak anioł, który rozsypuje przed sobą promienie ciepłego jesiennego słońca. Wykonała wszystkie swoje prace i przygotowała śniadanie dla pana. Zaniepokoiło ją, że Małgorzata jeszcze się nie pojawiła. Nagle drzwi kuchni otworzyły się z hukiem i do pomieszczenia wpadł Piotr, który w dworze zajmował się ogrodem. Ten siwy, starszy mężczyzna o dobrotliwym usposobieniu, którego wszyscy uważali za oazę spokoju stał teraz na środku kuchni, blady jak ściana, z oczami wystraszonego dziecka, jakby wbity nagle w ziemię.
- Marto! Jezus Maria, nieszczęście! - wykrzyknął
Zbita z tropu Marta poczuła, że światło nie zwyciężyło w jej życiu. W końcu była w piekle i stan radości nie mógł być realną rzeczywistością. Jednym krokiem dopadła nikłej postaci Piotra.
- Co się stało? Co sie stało?! Mów na litość Boską!! Mów! - potrząsała Piotrem jak szmacianą lalką.
- Mów! Błagam cie, powiedz co się stało?!
- Zaraza! We wsi zaraza! Kara za grzechy! Zaraza!!!
Ogrodnik coraz ciszej powtarzał to słowo i żelazny uścisk Marty powoli uwalniał mężczyznę. Zostawiła go i pobiegła do pokoju Małgorzaty. Otworzyła drzwi i zamarła. Wzrokiem ogarnęła pokój. Na ścianach ślady rozmazanej krwi, małe kałuże, jak oczy szatana na kamiennej posadzce, odbijały się bordowym, krwistym kolorem od jasnych kamieni. Drżąca na posłaniu Małgorzata jęczała cicho. Wystraszona tym widokiem wybiegła na zewnątrz krzycząc jak opętana:
- Medyka, szybko medyka!!!

niedziela, 26 lutego 2012

Będziemy sądzeni z miłości (3)

W zimnym ciemnym pomieszczeniu, który trudno nazwać pokojem, paliła się tylko świeca. Marta nie czuła wszechobecnego chłodu tylko ból w dłoniach. Zdała sobie sprawę, że rodzi się z zaciśniętych mocno palców na paciorkach różańca. Po jej policzkach spływały łzy. Cichy, ledwie słyszalny szept wydobywał się z jej ust.
- Najświętsza Panienko, Matuchno kochana, błagam Cię, proszę, ja nędzna taka, nic nie warta przed twoim obliczem, wysłuchaj moich próśb, zabierz mnie stąd, niech choć jedno marzenie, które noszę w sercu stanie się rzeczywistością. Tak bardzo jestem Ci wierna, tak bardzo Cię kocham pomimo tego wszystkiego co mnie w życiu spotkało, pomimo tego całego bólu jaki noszę na swojej duszy, pomimo tego, że mnie nie oszczędzasz, dlatego ośmielam się błagać, żeby ksiądz zechciał mnie wziąć do siebie. Gdzie będzie mi lepiej Matuchno, jak nie u Twojego sługi? Składam Ci uroczysty ślub, że jeśli zechcesz wypełnić moją prośbę, już nigdy o nic dla siebie nie poproszę, już nigdy nie będę Ci się narzucać i podejmę post jako wynagrodzenie za wszystkie moje ciężkie grzechy i dla Ciebie Matko stanę się świętą, dla Ciebie wyrzeknę się wszystkiego, oddam Ci duszę swoją. Obiecuję, że nigdy, na nic, nie będę się skarżyć, ale w pokorze przyjmować będę wszystko... Błagam Cię... Czy mnie słyszysz? Czy moje łzy, moje nędzne życie, nie zbudzi w Tobie litości? Proszę Cię... Proszę...
Zmęczona modlitwą, skulona w kłębek, w rogu swojej nędznej nory, powtarzała wciąż jak mantrę słowa błagania. Powieki zaczęły odmawiać jej posłuszeństwa żądając odpoczynku i zasłużonego snu. Jednak walczyła i siłą woli składała swe modły. Otrzeźwiło ją delikatnie skrzypnięcie drzwi.
- Marto, śpisz?
- co ty tutaj robisz? Jeśli pan zorientuje się, że tu przyszedłeś, obojgu da nam nauczkę
- nie martw się pan już śpi
- ale Małgorzata nie śpi, wiesz do czego zdolna jest ta kobieta, gotowa jest poświęcić wszystko, żeby kogoś unieszczęśliwić
- do diabła Marto, gdzie ty jesteś?
- tutaj, w kącie

Małgorzata postanowiła porozmawiać z Martą o propozycji pana Ferdynanda, w końcu to jej, jako najważniejszej ze służby należała się posada farskiej gospodyni. Niby w czym ona była lepsza ode mnie? Te kilka lat mniej? To raczej argument przemawiający na „nie”. Ładna buzia, zgrabne ciało? Ludzie będą gadali, że pleban ma nieczyste zamiary wobec tej głupiej małej. Tak, przekona ją, że będzie na ustach wszystkich i nikt nie da jej spokoju, że stanie się bardziej nieszczęśliwa niż jest. Im więcej o tym myślała, tym większa złość i nienawiść do Marty budziły się w jej sercu. Musi z nią pomówić jeszcze dzisiaj. Najciszej jak potrafiła, boso, żeby nie zdradziły jej kroki, zeszła do pokoju Marty. Minęła ciemne korytarze skradając się jak złodziej, ciemności nie były dla niej przeszkodą, znała ten dom na pamięć, każdy kamień, każdy zakamarek jak własną kieszeń. Zaskoczona zobaczyła, że drzwi Marty nie są do końca zamknięte. Nikły płomień świecy wylewał się cienką strugą i tańczył na ścianie. Wyostrzony przez ciemność słuch wyłapał szepty. Marta nie była sama? Któż u licha o tej porze może być w domu? Podeszła bliżej. Może uda się coś dokładniej usłyszeć.

- Marta? Boże Najwyższy, co się stało? Dlaczego płaczesz?
Mężczyzna usiadł obok niej. Wziął jej zimne dłonie zaplątane w różańcowe koraliki w swoje dłonie i przytulił ją do siebie.
- jeśli ten drań cię skrzywdził, zabije go. Przyjdzie taki dzień, że nie wytrzymam i go zabije
- przestań - szepnęła wtulona w jego ciało Marta - nie skrzywdził mnie
- to powiedz co się stało?
- Janie. Jesteś mi tak bardzo bliski, ale jutro być może będziemy musieli się rozstać. Pan odda mnie na służbę na plebanię
Jan, stajenny w dworze Pana Ferdynanda nikomu tak dobrze nie życzył jak Marcie. Jednak ta wiadomość jak bolesny cierń odbiła się na jego sercu ale nie dał po sobie nic poznać.
- to chyba radosna wiadomość
- tak bardzo chciałabym wydostać się z tego piekła, że proszę Matkę Bożą ze łzami w oczach, żeby zechciała spełnić moją prośbę
- spełni ją, zobaczysz, nawet pleban nie oprze się twojemu wdziękowi
Pomimo wypowiadanych słów pociechy Jan doznał dziwnego stanu. Czuł się z tym źle, że nie mówi prawdy. Oddałby wszystko, żeby tylko codziennie widywać Martę, spijać z jej ust każde słowo i upijać się dźwiękiem jej głosu. W ułamku sekundy postanowił, że nie dopuści do tego, żeby odeszła. Jego serce trawiła niepohamowana chęć wyznania prawdziwych uczuć i skłonienie jej by odrzuciła propozycję plebana. Ale co ona miała do gadania, pan ją odda i już. Trzeba szukać innego sposobu. Oczami wyobraźni widział już siebie błagającego księdza, żeby odstąpił od swych zamiarów i w zamian za ukochaną wziął Małgorzatę, albo inną służącą.  Szybko jednak się zreflektował. Co to za miłość, która każe ukochanej zostać w piekle? Czy można domagać się swojego szczęścia unieszczęśliwiając kogoś kogo się kocha? Gdyby tylko wyszło na jaw, że przez niego Marta została we dworze, znienawidziłaby go do końca swojego życia, a i on chyba znienawidziłby samego siebie... Tak, skaże się na wieczną tęsknotę, byleby Marta była szczęśliwa... Swoich postanowień nie był jednak do końca pewny…
- Janie, idź już. Dziękuję, że przyszedłeś
- pójdę Marto, dziękuję ci za wszystko...
- nigdy o Tobie nie zapomnę, jesteś jedyną pociechą w tym ciemnym świecie
- i ja nie zapomnę
Ucałował ją w czoło tak czule jak tylko potrafił. W tym jednym pocałunku oddał wszystkie najlepsze uczucia jakie znał, a nawet takie jakich chyba aniołowie w niebie nie żywią do Stwórcy Wszechświata. Ból straty koił zapach jej włosów, który wciągał, żeby zapamiętać na chwile samotności i tęsknoty. Musiał zapamiętać także zimno jej dłoni. Opuszkami palców chłonął jej dotyk. Jak może to wszystko stracić, nie tak nagle… Wstał. Dobrze, że półmrok panował w tej norze, mógł swobodnie otrzeć łzy

Małgorzata szybko i zwinnie wycofała się spod uchylonych drzwi. Miała plan. Czego nie dosłyszała to sobie dopowiedziała. Zniszczy ich, przecież pan nie odda pod dach księdza cudzołożnicy, a ten jej nie weźmie. teraz moja szansa. Uśmiechnęła się do siebie. Nie trapiły jej żadne wyrzuty sumienia...